15.-16.09.2009 Lwów – Medyka – Przemyśl – Łańcut – Warszawa (mapka na Yahoo)
Już dawno cykl rumuńsko-ukraiński powinien zostać zakończony, ale rozmaite sesje i lenistwa stanęły na przeszkodzie. W końcu jednak doszliśmy do wniosku, że wypadałoby, aby opisać podróż do samego końca, a nie tylko do wnętrza ukraińskiego pociągu :) A takowe wygląda następująco:
![]() |
| Pociąg dojeżdża do Lwowa, album rumunia, że hej! |
Jazda trochę potrwała, ale nie cierpieliśmy specjalnie. Ukraińskim pociągiem podróżuje się bardzo przyjemnie: każdy ma miejsce do leżenia, a bagaże można schować we wnętrzu “łóżka”, rozkład jazdy wisi w środku pociągu. Trochę zdziwiliśmy się, kiedy po wskazaniu miejsc i odjeździe pani konduktor pozbawiła nas biletów. Okazało się, że system jest całkiem przemyślny – konduktor zbiera wszystkie bilety, w zaciszu sobie je porządkuje, a przed każdą stacją przechodzi się po wagonie i budzi wysiadających delikwentów. Cały czas ktoś czuwa, więc o burdy trudno, nikt nie zaśpi, nikt na gapę się nie przejedzie, a bilety są tanie jak barszcz. Gdyby te pociągi jeszcze jeździły szybciej i generalnie “bardziej”… :) Z Kamieńca Podolskiego dojechaliśmy do miejscowości Chmielnicki i tam w środku nocy spędziliśmy upojne trzy godziny w poczekalni, co nie było zbyt atrakcyjne. Ale tym sposobem rano znaleźliśmy się we Lwowie, co w warunkach autostopowych trochę by nam jeszcze zajęło – na jazdę nocą to jednak byśmy się nie odważyli, zresztą te główne drogi krajowe jakieś strasznie puste…
Poranna pogoda nie okazała się piękna, natomiast pozytywnie zadziwił lwowski dworzec, który jest po prostu piękny – zwłaszcza w porównaniu z polskimi. Właściwie to sam jest dworcem polskim, bo zaprojektował go niejaki Władysław Sadłowski na przełomie XIX i XX wieku. We mgle natomiast wygląda tak:
![]() |
| Dworzec Główny we Lwowie z albumu rumunia, że hej! |
Po wyruszeniu w stronę miasta musieliśmy się na dobry początek zająć sprawami pragmatycznymi, czyli zaplanowaniem dalszej części powrotu. Oględziny tablic na dworcu kolejowym i przyległym autobusowym były niezadowalające, toteż postanowiliśmy poszukać informacji turystycznej. Okazało się to wyjątkowo niebanalne, bo w księgarni, do której po drodze zaszliśmy, żaden przewodnik nie wspominał o takowym punkcie, a sprzedawczynie też nie były zorientowane. Nie pamiętamy już, jak, ale w końcu odkryliśmy, że jednak informacja istnieje, i to pośrodku głównego rynku. Tamtejsze panie wydały się trochę zaskoczone, że ktoś może chcieć jechać do Polski, ale wyszukały nam połączenie autobusowe do Przemyśla i podały numery marszrutek, którymi tam dojedziemy. Okazało się, że nie mamy zbytnio czasu na snucie się po starówce, ale to i owo na pewno zdążyć zobaczymy. Zatem w dłonie mapka!
Zwiedzanie w tempie ekspresowym było całkiem sympatyczne – obeszliśmy całe centrum, spodobało się. Chwilę zgrozy przeżył Krzyś, bo nie mógł znaleźć katedry ormiańskiej, która bardzo spodobała mu się za dawnej lwowskiej bytności razem z klasą, a na jej domniemanym miejscu były zburzone ruiny. Na całe szczęście po paru minutach okazało się, że katedra ma się dobrze i stoi obok, a Krzysiowi pomyliło się trochę na mapie. Była jednak w trakcie remontu i zamknięta, więc trzeba było się obejść bez niej. Po przejściu się przez starówkę ruszyliśmy z powrotem w kierunku dworca, na którym zostawiliśmy bagaże. Jeszcze tylko niezbędne zakupy w sklepie monopolowym (wódka miodowa z papryką i takie tam :)), trochę pobłądziliśmy w poszukiwaniu odpowiedniej marszrutki i w końcu znaleźliśmy się na dworcu autobusowym.
Zakupiliśmy bilety i zabraliśmy się do wypatrywania autobusu. Ten owszem, przyjechał, ale po jakiejś godzinie. Frekwencja mizerna, ruszamy w drogę i zbliżamy się do granicy. A kilka kilometrów przed nią – sytuacja zmienia się stuprocentowo: autobus wnet się zapełnia, a nowi pasażerowie zabierają się do upychania szczelnie zapakowanych papierosów w najdziwniejszych miejscach. No tak, można było się tego w sumie spodziewać! Na granicy Ukraińcy puszczają nas w miarę szybko, ale Polacy najpierw się ociągają, a potem poważnie biorą do rzeczy. Wszyscy jesteśmy przeszukiwani, celnik dokładnie ogląda każdy kawałek autobusu. Co ciekawe, poza jedną staruszką jesteśmy chyba jedynymi osobami, które nie mają nic na sumieniu :) Oglądamy ciekawy spektakl: baby prezentują szczelnie opakowane torby zawierające ponoć firanki na targ, dziewczyna wpycha sobie paczki papierosów do butów etc. etc. Trwa to wszystko niemiłosiernie długo, ale po trzech godzinach w końcu jedziemy i wkrótce opuszczamy wesołą kompanię w Przemyślu.
Tu godzinna przerwa w oczekiwaniu na pociąg do Łańcuta. W międzyczasie wpadliśmy na sprytny pomysł odwiedzenia przy okazji powrotu z Rumunii Krzysiowego Dziadka wraz z towarzyszką życia, mieszkających w tym mieście. Jeszcze z Ukrainy daliśmy znać poprzez rodziców, że można się nas spodziewać. Po kontakcie telefonicznym wychodzi na jaw niebanalne nieporozumienie: Dziadek przygotowywał się do wizyty pięciorga brudnych ludzisk, więc nasza skromna dwójka pozwala chyba na odetchnięcie :) Wszystko dlatego, że rodzice byli przekonani, że cały czas podróżujemy w piątkę – w końcu nie daliśmy znać ani o tym, że naszych partnerów w górach była tylko dwójka, ani o tym, że opuścili nas dawno temu, w Bukareszcie. Wieczór mija na wcinaniu prawdziwego jedzenia, opowieściach i myciu :)
![]() |
| Zamek w Łańcucie z albumu rumunia, że hej! |
Następnego dnia korzystamy w pełni z gościnności Dziadka i Basi i dzięki ich znajomościom załapujemy się na zwiedzenie z przewodnikiem przepięknego zamku, wraz z ciekawą wozownią. Naprawdę warto odwiedzić przy okazji wizyty na Podkarpaciu, zamek dużo przeżył, a jest jednym z niewielu nietkniętych przez hitlerowców. Okoliczny park daje możliwość wykonania arcyartystycznych zdjęć, oficjalnie kończących wyprawę:
![]() |
| Ha! Udało się! Za albumu rumunia, że hej! |
Następnego dnia bladym świtem przed nami już naprawdę ostatni etap podróży: po przesiadce w Przeworsku przed nami już tylko przemknięcie po kawałku Polski pociągiem do Warszawy. Rumunia spodobała się niemożebnie, z pewnością ostatni raz tam nie byliśmy. Na Ukrainę też jeszcze pewnie zabłądzimy. A póki co – słodkie lenistwo!
Poprzedni etap podróży opisaliśmy >>tutaj<<.




Najnowsze komentarze