07.09.2009 Braszów – Buşteni – Comarnic – Bukareszt
Po pierwszej nizinnej nocy od paru dni czas opuścić Braszów i ruszyć dalej. Pogoda nadal bez zmian, ale jakoś musimy ten fakt przeboleć. Po śniadaniu z kempingowymi kotami pora więc założyć plecaki i rozdzielić się na autostopowo poręczne dwójki – przed nami Bukareszt! Ciekawi jesteśmy, jak miasto wygląda w rzeczywistości, bo podczas dotychczasowych podróży już się trochę nasłuchaliśmy opinii, niekoniecznie korzystnych. Bukareszt jest większy od Warszawy, oficjalnie mieszkają tam 2 miliony ludzi, nieoficjalnie podobno dużo więcej.
![]() |
| Śniadanko z kotami z albumu rumunia, że hej! |
Po krótkim wymachiwaniu paluchem łapiemy okazję. Wiezie nas małomówny Cygan z młodą dziewczyną wybitnie zainteresowaną swoją komórką i papierosami. Docieramy ok. 20 kilometrów do Buşteni, gdzie z lekką ulgą po krótkich negocjacjach (bo przecież on mógłby nas zawieźć do Bukaresztu, jak mu ładnie zapłacimy…) opuszczamy samochód na smętnym parkingu przy wjeździe do miejscowości – jak się później okazuje, popularnego ośrodka narciarskiego. Tutaj dość długo czekamy, aż zatrzymuje się młody chłopak, gadający nieźle po angielsku (gdyby nie ten akcent… :)). Do Bukaresztu nas nie zawiezie, ale parę kilometrów do miejscowości Comarnic – owszem. Dowiadujemy się niebawem, że jest żołnierzem i w przyszłym roku jedzie do Afganistanu, a poza tym kolekcjonuje samochody :) Krzyś ma okazję pogadać co nieco o Rumunii, Mysia zaszywa się z tyłu. W pewnym momencie chłopak nalega na wymianę adresów e-mail – ale chyba o nas zapomniał, do tej pory nie doczekaliśmy się odpowiedzi…W Comarnic kolejna przesiadka – tu zabierają nas sympatyczni dwaj panowie. Jeden z nich namiętnie ględzi o przewrotnych kobietach, o swoim wspaniałym synku w Niemczech i o paskudnym Bukareszcie. Ten odcinek drogi jest najdłuższy, mijamy przemysłowe Ploeszti i wkrótce docieramy do stolicy. Dzięki wcześniejszej lekturze przewodnika (nic lepszego do czytania nie mamy :)) i odkryciu po drodze drogowskazów zostajemy zawiezieni pod sam kemping Casa Alba. Drogo jest okrutnie (30 lei od osoby za rozstawienie namiotu na nędznym żwirze), poza ciepłą wodą zalet miejsca nie dostrzegamy – no ale trudno! W ciągu godziny jesteśmy już wszyscy – Karolina i Piotrek trafili na bezpośrednią okazję. Trzeba ruszać w miasto!
![]() |
| Bukareszteńskie Ateneum z albumu rumunia, że hej! |
Aby tam dotrzeć, wsiadamy w autobus na tutejszym przystanku – oczywiście bez biletu, bo miejsca sprzedaży takowego nigdzie w okolicy nie ma. Okazuje się, że i u kierowcy nie ma opcji legalizacji naszej przejażdżki. Cóż począć! Później się okazuje, jak wielkiego mamy farta – w trakcie kolejnych trzech przejazdów komunikacją miejską za każdym razem pojawia się kanar :)
![]() |
| Standardowy widok Bukaresztu z rumunia, że hej! |
Miasto nas w żaden sposób nie urzeka. Jest szare, duże, a my w deszczu wałęsamy się w poszukiwaniu zabytków. Takowe owszem, istnieją i nawet ładnie wyglądają, niestety są wciśnięte pomiędzy wszechobecne bloki i pędzące samochody. Sporą winę za to ponosi rumuński dyktator Nicolae Ceauşescu, który wyburzył kilkanaście cerkwi i całą dzielnicę, aby postawić sobie gigantyczny Pałac Parlamentu – największą budowlę w Europie (chyba pod względem kubatury), a drugą po Pentagonie na świecie.
![]() |
| Pałac Parlamentu z albumu rumunia, że hej! |
Trochę czasu nam zajmuje odnalezienie Starego Miasta, które ponoć istnieje. Okazuje się, że jest całe rozkopane i nie możemy się nadziwić, jak można to miasto nazwać “Małym Paryżem” :)
![]() |
| Karolina i Stare Miasto w Bukareszcie z albumu rumunia, że hej! |
Opinię o mieście sobie wyrobić było zatem dość łatwo, mimo to cieszymy się, że go nie ominęliśmy w naszej rumuńskiej podróży – na pewno obraz byłby niepełny. Ale jest w kraju tyle pięknych miast, że można przeboleć trochę paskudztwa. Warto zobaczyć, jak żyje 10% Rumunów – chaos, pęd, szarość. Pewnie spory wpływ na ten wizerunek, który sobie utrwaliliśmy, miała pogoda – przez cały dzień nie dało się zdjąć kaptura.
Dzień kończymy zakupami i winkiem wieńczącym wspólną część naszego wyjazdu. Następnego dnia Karolina i Piotrek wyruszają w drogę powrotną – żeby jednak nie było za nudno, zahaczą o Mołdawię (przypomnieliśmy sobie o znajomym z SGH z Kiszyniowa :)) ze szczególnym uwzględnieniem ostatniego bastionu komunizmu w Europie, czyli Naddniestrza. My zaś kierujemy się dalej na wschód – Morze Czarne czeka!
Poprzednia część naszej wyprawy opisana jest >>tutaj<<, a następna >>tutaj<<.





Nie ukrywam iż dotarłem tu przez bezapelacyjnie bezprzyczynowy przypadek, jednakże na przeczytanie kilku Waszych postów poświęciłem kilka dłuższych jednostek czasu… Cóż, jaram się aspektem materialnym Waszej działalności – nietuzinkowe cele wypraw, zainteresowania architektoniczne, bystre spostrzeżenia… Z drugiej zaś strony tzw. formalnej – uzewnętrznionej, proceduralnej – nie jaram się, albowiem teksty są nudne, jednostajne, ubogie jakościowo. Wasze zdjęcia zaś nie oddają klimatu miejsc jakie odwiedzacie, pozbawione są wyrazu. Tak więc, reasumując wyciągam tu ambiwalentne doznania estetyczne, jednakże życzę powodzenia i dalszych sukcesów, pozdrawiam serdecznie.
Przez: SK w 29.12.2009
o 1:17
Witam!
Bukareszt to podróżniczo dość trudny temat. Faktycznie miasta nie można zaliczyć w sposób oczywisty do ładnych, ale podobnie nie można tak prosto wrzucić go do worka z napisem “brzydkie”. Uważam, że ma w sobie jakieś dziwne, perwersyjne piękno.
Choć inna sprawa, że pewnie nie widać go w strugach deszczu. :)
Zapraszam do rzucenia okiem na moje wspomnienia z Bukaresztu: http://www.nawschod.eu/rumunia/rumunskie-wspomnienia-%E2%80%93-bukareszt
Przez: nawschod w 15.01.2010
o 9:27