01.-02.09.2009 Sybin – Turnu Roşu – Șaua la Apă Cumpaniță
Doczekaliśmy się, nadszedł czas buszowania po Karpatach – konkretnie po ich drugim co do wysokości pasma po Tatrach, czyli Górach Fogaraskich. Dzień w Sybinie upłynął nam na przygotowaniach. Po pożegnaniu niemieckich towarzyszek doli i niedoli namiotowej udaliśmy się w stronę supermarketu, gdzie spędziliśmy sporo czasu na wybieraniu najbardziej górskiego jedzenia. Udało się – wyposażeni w ogromne ilości żarcia na tydzień można było ruszyć dalej. Plecaki nie wiadomo czemu stały się jeszcze cięższe niż wcześniej, ale po tygodniu byliśmy już zahartowani i postanowiliśmy nie kwękać :)
Głównym celem dnia był kompleks kąpielowy Neptun, o którym poprzedniego dnia dowiedzieliśmy się w informacji. Okazało się, że jest to wyśmienite miejsce do pozbycia się brudu nawarstwionego przez 4 dni :) Za 3,5 leja (i ponad 30 min oczekiwania na wolną kabinę) można tam było wpakować się ze wszystkimi tobołami do łazienki i w ciągu regulaminowej godziny wymyć za wszystkie czasy. A łazienki nadają się i do innych celów, o czym mogła świadczyć zawartość kosza na śmieci :) Wygnał nas stamtąd w końcu SMS od Piotrka, oznajmiający, że lada chwila pojawią się w Sybinie nasi współgórołazi. Ruszyliśmy zatem na Rynek i przesiedzieliśmy tam dwie godzinki – później okazało się, że SMS przybył z innej strefy czasowej…
![]() |
| Sybiński rynek z albumu rumunia, że hej! |
W końcu nastąpiło oczekiwane spotkanie – na horyzoncie pojawiło się dwoje sympatycznych świrów z Podbeskidzia, czyli Piotrek i Karolina. Po zapoznaniu (znali się tylko Monika z Piotrkiem) i ich szybkich zakupach (czego skutkiem było potencjalne zagłodzenie pod koniec wyprawy – na szczęście nie mieliśmy okazji się przekonać, bo zeszliśmy z gór prędzej :)) ruszyliśmy dziarsko na dworzec, aby jeszcze tego dnia wydostać się z miasta i znaleźć gdzieś u podnóża gór. Szybko okazało się, że godzina 19 niezbyt nadaje się na opuszczenie Sybina: następny pociąg do obranego przez nas na punkt startowy Turnu Roşu wyruszał o 3:05, a autobusu też w planach nie było. Miejscowy cwaniaczek zaoferował nam podwózkę za 20 lei/osobę, co w porównaniu z pociągowymi 3,20 było naprawdę niezłą okazją :) Odrzuciliśmy zatem propozycję nie do odrzucenia i postanowiliśmy przenocować jeszcze gdzieś w Sybinie, zastanawiając się nad środkiem transportu w dniu kolejnym.
Na dobry początek ruszyliśmy wzdłuż torów i po dłuższym spacerze osiągnęliśmy niezwykle atrakcyjne dla namiotów pola. Zaczepił nas w tym czasie sympatyczny pan z samochodu, który uświadomił nas, że
In Romania you have to wait!
for the next train
Po dłuższej chwili udało nam się wytłumaczyć, że właśnie taki mamy zamiar, a chcielibyśmy jedynie wiedzieć, gdzie znajduje się następna stacja. Okazało się, że jest do niej niecały kilometr, a za pomocą taty w Polsce i internetu dowiedzieliśmy się, że pociąg z Sibiu-Triaj do Turnu Roşu wyruszy o 8:05. Zatem namiociki, winko, rozmowy i spać, bo jutro już tak lekko nie ma! :)
Pociąg faktycznie pojawił się na stacji i w 40 minut dotarliśmy do celu podróży. Miasteczko okazało się zapadłą dziurą bez ani jednej asfaltowej ulicy, w której jednak udało nam się zakupić wodę oraz papierosy (podobno doskonałe jako górska waluta – zapłata dla pasterzy).
| Do góry, gotowi, start! (fot. Karolina), rumunia, że hej! |
Dziarsko ruszamy na szlak, który oznakowany jest z polotem – średnio co godzinę pojawia się czerwony krzyżyk (są jeszcze paski, kółka i trójkąty, żeby było weselej). Mimo ciężkich bagaży idziemy cały czas bez wytchnienia…
| Gdzieś w lesie (fot. Piotrek), rumunia, że hej! |
…aż las się kończy i góry zaczynają rzeczywiście wyglądać jak góry. Po raz pierwszy mamy przyjemność zauważyć, że nasz przewodnik podaje mocno zaniżone czasy. Tego dnia nie było jeszcze tak źle, ale autor chyba nie wziął pod uwagę, że jednak bez wielkich plecaków w tych górach chodzi się rzadko. Nawet i najdłuższe podejście jednak kiedyś się kończy, więc po ok. 7 godzinach dotarliśmy do grani głównej i naszym oczom ukazały się ogromne przestrzenie, przypominające Tatry Zachodnie, ale sporo rozleglejsze i przede wszystkim puste – tego dnia od wyjścia w górę nie spotkaliśmy ani jednego żywego ducha.
![]() |
| Mycha i Piotrek z albumu rumunia, że hej! |
Wkrótce zaczęliśmy się rozglądać za miejscem na nocleg. Kluczowe było znalezienie źródełka, bo to istniejące na mapie wyglądało jak malutkie bajorko. Udało się – pierwszy etap wędrówki zakończyliśmy na przełęczy Șaua la Apă Cumpaniță. Po stronie północnej w stromym żlebie Krzyś wynalazł wartki strumyk, po stronie południowej rozbiliśmy się w domku pasterza, który najwyraźniej uznał, że sezon się skończył i zostawił pusty swój przybytek. Piotrek z Karoliną ugotowali sobie obiadek na ognisku, my w ramach głodomorstwa na maszynce. Zimno i wieje! Teraz już tylko wystarczyło się rozlokować w chatce jakoś rozsądnie, co nie było proste – Monika przez całą noc wierciła się, żeby nie spaść z wąskiej pryczy, a Krzysiowi zamarzały stopy owiewane wiaterkiem ze szczelin między deskami. Nic to, pierwsza noc na takiej wysokości nie może być za wspaniała! :)
| Chatka i ognisko (fot. Karolina), rumunia, że hej! |
Poprzedni dzień tej wyprawy jest >>tutaj<<, a następny >>tutaj<<.

