…jeśliś głodny, na kebab idź… Hasło z Krzysiowych urodzin przypomniało o istnieniu Gór Świętokrzyskich, w których już byliśmy dwa lata temu. Dłuższa przerwa wielkanocna na uczelniach pozwoliła na chwilę wyrwać się z warszawskiego i podwarszawskiego tumultu. Po stwierdzeniu, że początkowe szeroko zakrojone plany (Babia Góra?) wymagają jednak bardziej skomplikowanego transportu, doszliśmy do wniosku, że trzeba by uzupełnić ową wyprawę z 2007, której górska część była mocno okrojona ze względu na zdychającego wówczas Krzysia. A więc w drogę!
Miejsce akcji: Stara Słupia, Agroturystyka “Gracja”, miejsce sprawdzone, znów jesteśmy jedyni, kuchnia, łazienka z wanną, widoki na Łysą Górę przy śniadaniu.
Czas akcji: 13-14 kwietnia 2009
Uczestnicy: Myś i Krzyś
Transport: Zdolna bestia w swojej pierwszej dłuższej podróży samochodowej: 190 km, piękna droga szybkiego ruchu, na której się można rozpędzić, jedziemy, jedziemy i stajemy pod leśniczówką w Jeleniowie, aby się trochę przejść.
Start około południa, chcemy się trochę rozejść, coby nazajutrz pokonać szlak grzbietem Łysogór. Celem jest szczyt o nazwie Szczytniak, na którym niebawem radośnie szczytujemy:
![]() |
| Z albumu Góry Świętokrzyskie 2009 |
Na szlaku ani żywej duszy, pogoda chmurzysta, trochę błocka, ale las, gołoborza i wyborny pasztet wynagradzają wszystko. Po tej krótkiej zaprawie czas na leniuchowanie.
Porządna trasa jest zaplanowana na dzień następny. Tym razem nie darujemy sobie Łysicy, w końcu kolekcjonujemy Koronę Gór Polskich! Trasa była opracowana ad hoc – jak się okazało, nawet nie sprawdziliśmy, czy będziemy mieli jak wrócić – za to z zaplanowanym żurkiem w chlebie w Świętej Katarzynie. Pogoda bez zarzutu, więc ruszyliśmy dziarsko prosto z Nowej Słupi na Święty Krzyż. Jak się okazuje, w sezonie trzeba zapłacić za wstęp do Świętokrzyskiego Parku Narodowego, ale przynajmniej upoważnia on do darmowego zwiedzania wystawy na Świętym Krzyżu i do podziwiania gołoborzy z tarasu widokowego. Trasa nie prowadzi grzbietem wprost na cel naszej wyprawy, jest dużo bardziej skomplikowana. Musieliśmy opuścić zdobytą z ciężkim trudem wysokość i skierować się na północny zachód wzdłuż granicy parku. Optymizm nas troszkę opuścił, gdy zobaczyliśmy drogowskaz, który zaprzeczał naszej mapie pod względem czasu niezbędnego do pokonania zaplanowanej trasy (5 godzin zamiast 2,5). Nic to, jak zdobywać, to zdobywać! Po przemknięciu przez lasy i wsie (w których wszyscy mają ciągniki!) dotarliśmy do podnóża naszego celu. Minęło jakieś 1,5 godzinki, drogowskazy mówią o jeszcze 2,5. Nim się spostrzegliśmy, już była przełęcz św. Mikołaja, a zaraz za nią Agata i upragniony wierzchołek! 5 godzin to chyba w tempie ślimaczym by było?! Nasze spostrzeżenia względem czasów podzieliły współzdobywaczki przełęczy św. Mikołaja.
![]() |
| Z albumu Góry Świętokrzyskie |
Chwilka odpoczynku i czas schodzić do Świętej Katarzyny. Niestety usilne poszukiwania żurku zakończyły się fiaskiem, a nóżkom nie chciało się już iść dalej. I teraz dopiero powstał problem powrotu do domu, bo jak się okazuje, stąd do Nowej Słupi nic nie jeździ! Pan w sklepie podpowiedział nam, żeby podjechać PKS-em do Bodzentyna (tak też zrobiliśmy) i tam złapać kolejny autobus. Nie ma tak lekko, ten kolejny – do Nowej Słupi – jest następnego dnia o 6 rano. Nie satysfakcjonowało nas to rozwiązanie. Lekko spanikowani stwierdziliśmy, że nie ma wyjścia, trzeba łapać stopa. Tylko czy ktoś się zatrzyma…? No cóż, niewątpliwy mysi urok zadziałał już na pierwszego kierowcę, który dowiózł nas w zawrotnym tempie do domu! ;) Jeszcze tylko trzeba było dopełnić pewnego szczegółu… Przecież “jeśliś głodny, na kebab idź”, a że Święty Krzyż już był… mniam!
A oto nasza trasa:

Niebieskim i czerwonym są oznaczone szlaki, po których biegaliśmy, natomiast na czarno mamy trasę zmotoryzowanej części wyprawy.
Cel został osiągnięty, zdobyliśmy szczyty, trochę poleniuchowaliśmy w ramach odstresowywania się od studiów – mogliśmy spokojnie wracać do domu! Byle więcej takich wypraw…
Wskazóweczki:
- Podstawowa wskazóweczka: Warto uniknąć takiego zakończenia wyprawy, jak nasz. Zapewne pomóc w tym może obranie przeciwnego kierunku z wyruszeniem wczesnym autobusem (chyba takowy był) do Bodzentyna i powrotem pieszym.
- Kebab na rynku w Nowej Słupi niczego sobie!
- Po drodze powrotnej wstąpiło nam się do Iłży, w której są wypasione ruiny zamku, na którego wieżę można się częściowo wdrapać. Mimo znacznej odległości na horyzoncie majaczą Łysogóry.
- Tym razem nie zahaczyliśmy o Kielce, ale w razie braku zmotoryzowania warto wybrać wariant przez to zacne miasto wojewódzkie. Pekaesy z Kielc do Nowej Słupi jeżdżą dość często.


faktycznie, zawsze mówiąc kebab, od razu przychodzą na myśl Góry Świętokrzyskie :D