Piękny warszawski dzień musiał oczywiście przynieść Mysi myśli o jakimkolwiek wyjeździe. I tak oto – zmierzając na kolejne korepetycje z nie do końca bystrymi uczniami – wymyśliła! Przecież siostra jedzie ze swoim Krzyśkiem (nie mylić z Krzysiem) na koncert do Berlina, tylko kiedy?! Szybki SMS, kalkulacje kosztów podróży i już jestem szczęśliwa. To jest to! Podróż do stolicy naszych zachodnich sąsiadów w cenie 100 zł! Jest to niewątpliwie niższa cena od zakładanych 300 zł przy podróży pociągowej. Jakby nie było – wychodzi ekonomiczniej. To teraz wystarczy poinformować o nowym wspaniałym pomyśle Krzysia i już!
Całe przygotowania ograniczyły się do znalezienia jak najtańszego hostelu. I trzeba przyznać, że nam się udało. Hostel Amadeus przy samej stacji metra, na obrzeżach ścisłego centrum, które jest wyznaczone przez berliński S-bahn. Zabójcza cena 6 ojro za łóżko bez pościeli. Trzeba tylko pamiętać, żeby wziąć ze sobą śpiworek i jeszcze najlepiej prześcieradło bądź poduszkę, bo sprawdzają. W każdym razie czyściutko i przyjemnie, choć bez dostępu do kuchni i w 8-osobowym pokoju.
Nie można zapomnieć o superhiperfajowych polskich autostradach. Wprawdzie taka przyjemność całkiem sporo kosztuje – 3 punkty poboru opłat i w każdym ściągają haracz w wysokości 11 zł – ale możliwość wyciągnięcia 160 km/h z 14-letniego Uniaka jest całkiem satysfakcjonująca. Niespodzianką było natomiast skończenie się autostrady nie tam, gdzie byśmy chcieli, lecz dobre 100 km od granicy. Jakby nie było, szkoda, że taka przyjemność jest w Polsce tak rzadka. Po przekroczeniu granicy, autostrady i drogi szybkiego ruchu jakby się zagęściły i takowymi wjechaliśmy prosto do stolycy. Samochód trzeba było zostawić trochę dalej od hostelu z racji wprowadzenia stref ograniczonego trucia powietrza – nie bardzo mieliśmy kiedy zakupić plakietkę. Mamy piątek, 24 kwietnia, na zegarze coś koło 15, a my na miejscu po przejechaniu 600 km przez dwie piękne panie. I można podbijać Niemcy!
Po króciutkim odpoczynku wyruszyliśmy na miasto. Dzisiejszy dzień postanowiliśmy już przespacerować, ponieważ komunikacja miejska, pomimo że bardzo rozbudowana, po przeliczeniu na złotówki, okazuje się niesamowicie droga (tutaj przydatny cennik biletów) . Ruszyliśmy w kierunku Alexanderplatz, idąc na azymut, który nam wskazywała wieża telewizyjna. Już po paru minutach czuć, że miejska atmosfera zupełnie inna niż u nas – jakoś tak wyczuwa się wszechobecną tolerancję. Chłoniemy miasto i podziwiamy Czerwony Ratusz:
| Czerwony ratusz w Berlinie |
W ramach oszczędności spałaszowaliśmy dwie pizze na cztery osoby i się rozstaliśmy. Paula z Krzyśkiem polecieli szykować się na koncert Papa Roach (ponoć bardzo popularny, ja po prostu jestem ignorantką), który był ich głównym celem wyprawy, a my z Krzysiem postanowiliśmy pozwiedzać jeszcze Stare Miasto. W Berlinie jest to niewielka część miasta, która pełni głównie funkcję deptaka dla turystów. Wąskie uliczki, małe sklepiki i restauracje oraz bliskość Szprewy, malowniczo wijącej się przez miasto, dodają temu miejscu niewątpliwego uroku:
![]() |
| Starówka wieczorową porą w Berlinie |
Skuszeni pięknymi widokami postanowiliśmy zobaczyć przynajmniej z daleka Bramę Brandenburską. Oczywiście lekko się zagalopowaliśmy i w końcu stanęliśmy na placu Paryskim! Nie przestraszyły nas nawet wyświetlane na przystankach komunikaty o znalezionym ładunku na Wyspie Muzeów (ależ ci Niemcy sprytni – przynajmniej wiedzą, jak poinformować lud!). Dzięki tej naszej wyprawie zdobyliśmy śliczne zdjęcia podświetlonej bramy. Jak się okazało następnego dnia, brama dniem to już nie to samo:
![]() |
| Brama Brandenburska w Berlinie |
W tym momencie postanowiliśmy zakończyć nasze szwendanie się po mieście. Jednak dzień należał do tych bardziej męczących! Po drodze zakupiliśmy jeszcze kebap (pisany tu przez P, a właściwie nie kebap, a döner), którym się zachwyciliśmy. Jak się okazało, miał on pozostać w naszym stałym obiadowym menu, dzięki swojej objętości i zachęcającej cenie (2-3 ojro). W porównaniu do przeciętnych berlińskich cen (za 10 euro można już coś znaleźć) była to niezła oszczędność dla naszych kieszeni. A sam kebap o niebo lepszy niż polski kebab, o czym mieliśmy okazję po raz kolejny się przekonać. Tak oto strudzeni zaszyliśmy się pod naszymi śpiworkami.
Następny dzień upłynął nam na ganianiu po całym mieście. Trzeba przyznać, że w Berlinie jest co zwiedzać i w ciągu jednego dnia to można wszystko pooglądać, ale co najwyżej z zewnątrz. Tak też musieliśmy uczynić. Tym razem przeszliśmy przez Wyspę Muzeów, po raz kolejny dotarliśmy do Bramy Brandenburskiej, obejrzeliśmy imponujące, nowoczesne budynki parlamentu (można wejść za darmo na górę, na taras widokowy, jednak kolejka od rana do wieczora na 3 godziny stania). Żeby sobie odbić niemożność wejścia do Bundestagu, skorzystaliśmy z tarasu widokowego na Kolumnie Zwycięstwa. Widać wszystko hen hen! Warto również zahaczyć o synagogę, którą wpierw naród niemiecki spalił, a następnie postanowił odbudować, sprawiając jej imponującą kopułę. Zahaczyliśmy również o stadion olimpijski, na zwiedzanie którego skusili się Krzysiek z Pauliną. Podziwialiśmy z zewnątrz (niestety wejście płatne) imponującą katedrę, piękny Charlottenburg oraz ważny dla historii Checkpoint Charlie… i tak oto mijał nam szybciutko dzień, a stópki dawały o sobie coraz bardziej znać, nawet pomimo tego, że poruszaliśmy się wszędzie U-bahnem.
![]() |
| Dzień zwiedzania w Berlinie |
Mieliśmy również okazję przekonać się jak smakuje prawdziwy berliner, pączek nazywany tak przez wszystkich Niemców oprócz berlińczyków (!), pić piwo pod posterunkiem policji i zakupić pyszne niemieckie słodycze. Wieczorem nie byliśmy już jednak w stanie rozegrać choćby partii tysiąca, szybko zmorzył nas sen.
Ostatni dzień spędziliśmy na małych zakupach, pakowaniu i ostatnim spojrzeniu na Bramę Brandenburską. Wybraliśmy się również na niezwykły Pomnik Pomordowanych Żydów Europy. Czas było zbierać się do domu. Warto było tu przyjechać i na pewno jeszcze się tu wróci. Znów Niemcy nas urzekli, choć może dało się to mniej odczuć niż po tygodniu spędzonym w małym Rottenburgu. Ale tego się nie da porównać…
Wskazóweczki
- Wyprawa do Berlina ma szanse być o wiele droższa, więc warto zdecydowanie skorzystać z opcji czteroosobowo-hostelowej
- Na niemieckiej autostradzie można jechać prawie że od granicy do zjazdu cały czas środkowym pasem, ani razu się nie przemieszczając w lewo ani w prawo. Nie ma co się trzymać prawego :)
- Kolumna Zwycięstwa fajna jest :) wewnątrz jest całkiem ciekawa wystawa, a w kasie kompletny brak zaskoczenia polskimi legitymacjami studenckimi
- Jeszcze Krzyś coś sobie przypomni zapewne :)



160 Uniakiem?! Na miły buk… może być tylko jedno logiczne wytłumaczenie… jakiś magiczny artefakt musiał to umożliwić… tak… przecież to oczywiste! MASZ MAGICZNY TURBOWAHACZ (+70 do prędkości) !!!! :0
Dobrze opisane:) Mi również ta wycieczka bardzo przypadła do gustu i cieszę się że Misi przyszło do głowy pojechać z nami. Tu też mam szansę zamieścić i skorzystam: Specjalne podziękowania dla naszego tłumacza, operatora mapy i przewodnik Krzyśka bez którego pewnie byśmy się zgubili, albo nie daj Boże zamówili nie takiego kebaba jakiego chcieliśmy;) A co do poweru tego niepozornego samochodziku to nie radzę nie dowierzać, pozory mogą mylić:P