Jako dowód, że nie jest z nami tak źle, i że nadal intensywnie zdobywamy świat, choć tymczasowo osobno, jest poniższy link:)
Baci e abbracci!
Jako dowód, że nie jest z nami tak źle, i że nadal intensywnie zdobywamy świat, choć tymczasowo osobno, jest poniższy link:)
Baci e abbracci!
Uwaga, uwaga.
Nastąpiła radykalna decyzja o nieuśmiercaniu bloga i wzięciu się w garść. W związku z powyższym osoba, która za pomocą komentarza odgadnie, skąd jest zrobione zdjęcie na górze, dostanie możliwość wyboru tematu następnego wpisu (spośród co najmniej 8 opcji). Każda odpowiedź będzie skomentowana i ewentualnie uzupełniona o podpowiedź. Czyż to nie wspaniałe? ;)
Napisane w inny świat
15.-16.09.2009 Lwów – Medyka – Przemyśl – Łańcut – Warszawa (mapka na Yahoo)
Już dawno cykl rumuńsko-ukraiński powinien zostać zakończony, ale rozmaite sesje i lenistwa stanęły na przeszkodzie. W końcu jednak doszliśmy do wniosku, że wypadałoby, aby opisać podróż do samego końca, a nie tylko do wnętrza ukraińskiego pociągu :) A takowe wygląda następująco:
![]() |
| Pociąg dojeżdża do Lwowa, album rumunia, że hej! |
Jazda trochę potrwała, ale nie cierpieliśmy specjalnie. Ukraińskim pociągiem podróżuje się bardzo przyjemnie: każdy ma miejsce do leżenia, a bagaże można schować we wnętrzu „łóżka”, rozkład jazdy wisi w środku pociągu. Trochę zdziwiliśmy się, kiedy po wskazaniu miejsc i odjeździe pani konduktor pozbawiła nas biletów. Okazało się, że system jest całkiem przemyślny – konduktor zbiera wszystkie bilety, w zaciszu sobie je porządkuje, a przed każdą stacją przechodzi się po wagonie i budzi wysiadających delikwentów. Cały czas ktoś czuwa, więc o burdy trudno, nikt nie zaśpi, nikt na gapę się nie przejedzie, a bilety są tanie jak barszcz. Gdyby te pociągi jeszcze jeździły szybciej i generalnie „bardziej”… :) Z Kamieńca Podolskiego dojechaliśmy do miejscowości Chmielnicki i tam w środku nocy spędziliśmy upojne trzy godziny w poczekalni, co nie było zbyt atrakcyjne. Ale tym sposobem rano znaleźliśmy się we Lwowie, co w warunkach autostopowych trochę by nam jeszcze zajęło – na jazdę nocą to jednak byśmy się nie odważyli, zresztą te główne drogi krajowe jakieś strasznie puste…
Napisane w miasta, Ukraina | Tagi: Chmielnicki, granica, Kamieniec Podolski, Lwów, Medyka, podkarpackie, Przemyśl, Ukraina, Łańcut
13.-14.09.2009 Czerniowce – Chocim – Kamieniec Podolski – Chmielnicki – Lwów
(Чернівці – Хотин – Кам’янець-Подільський – Хмельницький – Львів)
Wpis z dedykacją dla Uli i Michała, z nadzieją na internetową wymianę wrażeń, a także dla wszelakich klasowych krzysiowych znajomych, pamiętających stare dzieje :) O!
Po około trzech tygodniach w Rumunii nadszedł czas, aby się co nieco przestawić – dookoła całkiem zrozumiały język, tanie jedzenie, zniknęli Cyganie, na ulicach stoiska z kwasem chlebowym… Kiedy już przeszliśmy się przez Czerniowce i zobaczyliśmy przepiękny uniwersytet za dnia, zdecydowaliśmy się skierować w dalsze rejony. Od początku wyjazdu preferowana trasa powrotu prowadził przez Ukrainę ze szczególnym uwzględnieniem Chocimia i Kamieńca Podolskiego, które Krzyś miał okazję już odwiedzić w liceum i które są naprawdę urzekające. Ale dość reklamy, do rzeczy!
Rzeczy zaczęły się zatem w Czerniowcach od niemałego pomyślunku niezbędnego do wydostania się z miasta. Postanowiliśmy kontynuować podróżowanie autostopem także na Ukrainie, w związku z czym zabraliśmy się do poszukiwania odpowiedniej wylotowej szosy. Niestety plany linii trolejbusowych i autobusowych przejrzyste nie były i dopiero po dłuższej chwili udało nam się zrozumieć, że ich numery się dublują. Udało się jednak dotrzeć na drugą stronę Prutu, jednego z dłuższych dopływów Dunaju, rzeki granicznej Rumunii i Mołdawii, która w Czerniowcach prezentuje się jednak mało atrakcyjnie – przemysłowa okolica. Stamtąd przespacerowaliśmy się długi kawałek wzdłuż ulicy Chocimskiej, która musiała prowadzić przecież do Chocimia. Nie myliliśmy się, ale nieskorzystanie z trolejbusu, który mógł nas zawieźć jeszcze ładny kawałek, było błędem. W końcu stanęliśmy z karteluszkiem z wypisanym „ХОТИН” za przejazdem kolejowym, musieliśmy jednak długo czekać, bo kierowcy nie należeli do altruistów, choć przejeżdżając obok kapliczki tuż obok obowiązkowo musieli się trzykrotnie przeżegnać. Religijność jest zresztą podobna jak w Rumunii i na pewno w niektórych rejonach Polski (zdaje się, że Polacy i Rumuni to najbardziej religijne narody Europy – przynajmniej jeśli chodzi o deklaracje, święte obrazki i tym podobne wypaczenia). W końcu udało nam się jednak załapać na autostop – zatrzymało się dwóch panów, z którymi można było wymienić parę zdań mimo ich niewielkich zdolności lingwistycznych – co słowiański kraj to słowiański kraj! Po jakichś trzydziestu kilometrach dotarliśmy do Chocimia, małego miasteczka, które pokazało nam się na dobry początek z tej strony: Czytaj dalej…
Napisane w miasta, Ukraina | Tagi: autostop, Chmielnicki, Chocim, Czerniowce, Kamieniec Podolski, Lwów, Ukraina
12.09.2009 Suczawa – Czerniowce
Wyprawa powoli chyli się ku końcowi, więc kierujemy się póki co w stronę Ukrainy. Nie jest to jednak takie proste. Po bezowocnych zakupach (nadal nie udało nam się znaleźć porządnego sklepu z bzdetami pamiątkowymi) ruszamy na dworzec, skąd to powinien jechać autobus do Czerniowiec, wskazany nam poprzedniego dnia przez panią w kasie. No więc cierpliwie czekamy. I czekamy. I czekamy. Zniecierpliwieni 20-minutowym opóźnieniem ruszyliśmy w końcu do kasy, tam zaś pani nam oznajmiła rumuńsko-ukraińskim „Azi ne ma”, co chyba słusznie przetłumaczyliśmy jako „Dzisiaj nie ma”.
Hmm.. no to niefajnie. Ruszamy więc w stronę wylotówki, bo cóż my poczniemy w tym mieście przez następny dzień?! Ledwieśmy ruszyli z dworca, a zaczepiła nas Ukrainka obładowana dzierganymi chustami i oznajmiła, że bus będzie, tylko żebyśmy tu na nią zaczekali. No cóż, pół godziny nic nie zmieni, więc możemy poczekać. Pani (Katia) wróciła, tak jak obiecała, i zaprowadziła nas do rozpadającego się busika na numerach ukraińskich, w którym czekali już pani kierowca i pan Wania. No to mkniemy rozpadającym się pojazdem w stronę Ukrainy w ciekawym towarzystwie. Najwyraźniej z tej strony świata nie ma problemów z wjazdem do Ukrainy, bo przejeżdżamy granicę w jakieś 10 minut, wliczając w to uzupełnienie karty imigracyjnej (trzeba o tym pamiętać!). I już zaraz Czerniowce.
![]() |
| Czerniowce nocą (ratusz i dworzec) z albumu Rumunia 2009 |
Napisane w miasta, Rumunia, Ukraina | Tagi: Bukowina, Czerniowce, kwas chlebowy, Rumunia, Suczawa, Ukraina, Uniwersytet w Czerniowcach
10.-11.09.2009 Sulina – Tulcza – Gałacz – Bacău – Jassy – Suczawa
Dzisiejszy dzień poświęcamy na przejechanie jak największego kawałka w stronę Jass. Wpierw jednak musimy wrócić na stały ląd. Wsiadamy więc w szybciutki prom do Tulczy i stąd łapiemy okazję.
![]() |
| Powrót do Tulczy promem z albumu Rumunia 2009 |
Najpierw dotarliśmy na dwie raty do Gałacza. Pierwsza rata z eksbokserem, który pędził jak szalony, druga z istnym dobroczyńcą, który wiózł już dwie Belgijki z ogromnymi plecakami. Wymieniliśmy się z dziewczynami doświadczeniami z podróży, bo kierowca niestety wyłącznie rumuńskojęzyczny. Po drodze zaliczyliśmy przeprawę promową przez Dunaj – na całym rumuńskim odcinku rzeki jest zaledwie kilka mostów.
09.09.2009 Konstanca – Tulcza – Sulina
Dzisiejsze plany mają nas dzisiaj dowieść do delty Dunaju. Jednak dzień rozpoczynamy od lenistwa na plaży, zbierania muszelek i krótkiego spaceru. Zimno nie jest, ale bezzmiennie wieje. Podziwiamy desperatów, którzy się opalają.
![]() |
| Lenistwo na plaży z albumu Rumunia 2009 |
Czas ruszać! Przy wylocie z Eforie zagaduje nas jakiś Rumun. Niestety nic nie rozumiemy, jednakże udaje mu się załatwić nam stopa. Kierowca przez całą drogę milczy jak grób, aż stajemy w Ovidiu i dochodzi do ostrej rumuńsko-polskiej wymiany zdań. Dostaliśmy niezwykle intratną propozycję dobicia do Tulczy za coś około 1500 euro. Ostatecznie pozostajemy przy 9 RON i końcu podróży. Czytaj dalej…
Napisane w Rumunia | Tagi: autostop, Babadag, delta Dunaju, Eforie, Morze Czarne, Rumunia, Sulina, Tulcza
08.09.2009 Bukareszt – Konstanca
Rozłąki nadszedł czas, ruszamy nad, miejmy nadzieję, cieplutkie morze! Nie jest to jednak łatwe… Wydostanie się z Bukaresztu na odpowiednią wylotówkę za pomocą środków transportu publicznego zajmuje nam ponad dwie godziny, a początek autostrady w kierunku naszego celu nie wygląda na szalenie uczęszczany. Ale my to my – mamy szczęście – już po paru minutach zatrzymał się samochód. Kierowca okazuje się być miłośnikiem sportów ekstremalnych (zwłaszcza nurkowania), geografem i lewicowcem pałającym nienawiścią do Busha. Podróż mija dość szybko, bo mamy okazję przejechać się jedną z dwóch w tym kraju autostrad. Nasz kierowca z pełną werwą i fascynacją opowiadał nam o delcie Dunaju, i że na nią to warto przeznaczyć co najmniej miesiąc! Wkrótce wysadził nas przed dworcem w Konstancy (Constanţa), skąd mieliśmy wieczorem ruszyć do jakiejś pobliskiej miejscowości na nocleg. Zatem całe popołudnie postanawiamy spędzić, obijając się po mieście :)
07.09.2009 Braszów – Buşteni – Comarnic – Bukareszt
Po pierwszej nizinnej nocy od paru dni czas opuścić Braszów i ruszyć dalej. Pogoda nadal bez zmian, ale jakoś musimy ten fakt przeboleć. Po śniadaniu z kempingowymi kotami pora więc założyć plecaki i rozdzielić się na autostopowo poręczne dwójki – przed nami Bukareszt! Ciekawi jesteśmy, jak miasto wygląda w rzeczywistości, bo podczas dotychczasowych podróży już się trochę nasłuchaliśmy opinii, niekoniecznie korzystnych. Bukareszt jest większy od Warszawy, oficjalnie mieszkają tam 2 miliony ludzi, nieoficjalnie podobno dużo więcej.
![]() |
| Śniadanko z kotami z albumu rumunia, że hej! |
Po krótkim wymachiwaniu paluchem łapiemy okazję. Wiezie nas małomówny Cygan z młodą dziewczyną wybitnie zainteresowaną swoją komórką i papierosami. Docieramy ok. 20 kilometrów do Buşteni, gdzie z lekką ulgą po krótkich negocjacjach (bo przecież on mógłby nas zawieźć do Bukaresztu, jak mu ładnie zapłacimy…) opuszczamy samochód na smętnym parkingu przy wjeździe do miejscowości – jak się później okazuje, popularnego ośrodka narciarskiego. Tutaj dość długo czekamy, aż zatrzymuje się młody chłopak, gadający nieźle po angielsku (gdyby nie ten akcent… :)). Do Bukaresztu nas nie zawiezie, ale parę kilometrów do miejscowości Comarnic – owszem. Dowiadujemy się niebawem, że jest żołnierzem i w przyszłym roku jedzie do Afganistanu, a poza tym kolekcjonuje samochody :) Krzyś ma okazję pogadać co nieco o Rumunii, Mysia zaszywa się z tyłu. W pewnym momencie chłopak nalega na wymianę adresów e-mail – ale chyba o nas zapomniał, do tej pory nie doczekaliśmy się odpowiedzi… Czytaj dalej…
Tak oto spędziliśmy noc na górce w środku miasta pod nieustającym atakiem deszczu. Następny dzień nie przyniósł poprawy aury, natomiast umożliwił nam zaznajomienie się z uroczą wonią z pobliskich fabryk.
| Urocza fabryka w Codlei z albumu rumunia, że hej! |
Nadal mieliśmy towarzystwo – tym razem krowy! Spakowaliśmy manatki i złapaliśmy busa, który jeździł, jak mu się żywnie podoba, wprost do Braszowa. Wylądowawszy na dworcu autobusowym na skraju miasta, skorzystaliśmy jeszcze z usług komunikacji publicznej, aby dostać się do centrum. Akuratnie trafiliśmy na jeden z największych festiwali muzycznych w Rumunii – Cerbul d’Aur (Złoty Jeleń). Rynek zastawiony sceną i tysiącami krzesełek oraz ogarnięty dźwiękami z tej sceny się wydobywającymi. Jak później się dowiedzieliśmy, próbę robił sobie Tiziano Ferro, jedna z największych włoskich gwiazd muzycznych. I parę piosenek było całkiem sympatycznych. Ale nie po to tu przyjechaliśmy, więc…
Czytaj dalej…
Najnowsze komentarze