Kanały:
Wpisy
Komentarze

13.-14.09.2009 Czerniowce – Chocim – Kamieniec Podolski – Chmielnicki – Lwów
(Чернівці – Хотин – Кам’янець-Подільський – Хмельницький – Львів)

Wpis z dedykacją dla Uli i Michała, z nadzieją na internetową wymianę wrażeń, a także dla wszelakich klasowych krzysiowych znajomych, pamiętających stare dzieje :) O!

Po około trzech tygodniach w Rumunii nadszedł czas, aby się co nieco przestawić – dookoła całkiem zrozumiały język, tanie jedzenie, zniknęli Cyganie, na ulicach stoiska z kwasem chlebowym… Kiedy już przeszliśmy się przez Czerniowce i zobaczyliśmy przepiękny uniwersytet za dnia, zdecydowaliśmy się skierować w dalsze rejony. Od początku wyjazdu preferowana trasa powrotu prowadził przez Ukrainę ze szczególnym uwzględnieniem Chocimia i Kamieńca Podolskiego, które Krzyś miał okazję już odwiedzić w liceum i które są naprawdę urzekające. Ale dość reklamy, do rzeczy!

Rzeczy zaczęły się zatem w Czerniowcach od niemałego pomyślunku niezbędnego do wydostania się z miasta. Postanowiliśmy kontynuować podróżowanie autostopem także na Ukrainie, w związku z czym zabraliśmy się do poszukiwania odpowiedniej wylotowej szosy. Niestety plany linii trolejbusowych i autobusowych przejrzyste nie były i dopiero po dłuższej chwili udało nam się zrozumieć, że ich numery się dublują. Udało się jednak dotrzeć na drugą stronę Prutu, jednego z dłuższych dopływów Dunaju, rzeki granicznej Rumunii i Mołdawii, która w Czerniowcach prezentuje się jednak mało atrakcyjnie – przemysłowa okolica. Stamtąd przespacerowaliśmy się długi kawałek wzdłuż ulicy Chocimskiej, która musiała prowadzić przecież do Chocimia. Nie myliliśmy się, ale nieskorzystanie z trolejbusu, który mógł nas zawieźć jeszcze ładny kawałek, było błędem. W końcu stanęliśmy z karteluszkiem z wypisanym “ХОТИН” za przejazdem kolejowym, musieliśmy jednak długo czekać, bo kierowcy nie należeli do altruistów, choć przejeżdżając obok kapliczki tuż obok obowiązkowo musieli się trzykrotnie przeżegnać. Religijność jest zresztą podobna jak w Rumunii i na pewno w niektórych rejonach Polski (zdaje się, że Polacy i Rumuni to najbardziej religijne narody Europy – przynajmniej jeśli chodzi o deklaracje, święte obrazki i tym podobne wypaczenia). W końcu udało nam się jednak załapać na autostop – zatrzymało się dwóch panów, z którymi można było wymienić parę zdań mimo ich niewielkich zdolności lingwistycznych – co słowiański kraj to słowiański kraj! Po jakichś trzydziestu kilometrach dotarliśmy do Chocimia, małego miasteczka, które pokazało nam się na dobry początek z tej strony: Czytaj dalej »

Ukraiński raj cenowy

12.09.2009 Suczawa – Czerniowce

Wyprawa powoli chyli się ku końcowi, więc kierujemy się póki co w stronę Ukrainy. Nie jest to jednak takie proste. Po bezowocnych zakupach (nadal nie udało nam się znaleźć porządnego sklepu z bzdetami pamiątkowymi) ruszamy na dworzec, skąd to powinien jechać autobus do Czerniowiec, wskazany nam poprzedniego dnia przez panią w kasie. No więc cierpliwie czekamy. I czekamy. I czekamy. Zniecierpliwieni 20-minutowym opóźnieniem ruszyliśmy w końcu do kasy, tam zaś pani nam oznajmiła rumuńsko-ukraińskim “Azi ne ma”, co chyba słusznie przetłumaczyliśmy jako “Dzisiaj nie ma”.

Hmm.. no to niefajnie. Ruszamy więc w stronę wylotówki, bo cóż my poczniemy w tym mieście przez następny dzień?! Ledwieśmy ruszyli z dworca, a zaczepiła nas Ukrainka obładowana dzierganymi chustami i oznajmiła, że bus będzie, tylko żebyśmy tu na nią zaczekali. No cóż, pół godziny nic nie zmieni, więc możemy poczekać. Pani (Katia) wróciła, tak jak obiecała, i zaprowadziła nas do rozpadającego się busika na numerach ukraińskich, w którym czekali już pani kierowca i pan Wania. No to mkniemy rozpadającym się pojazdem w stronę Ukrainy w ciekawym towarzystwie. Najwyraźniej z tej strony świata nie ma problemów z wjazdem do Ukrainy, bo przejeżdżamy granicę w jakieś 10 minut, wliczając w to uzupełnienie karty imigracyjnej (trzeba o tym pamiętać!). I już zaraz Czerniowce.

Czerniowce nocą (ratusz i dworzec) z albumu Rumunia 2009

Czytaj dalej »

10.-11.09.2009 Sulina – Tulcza – Gałacz – Bacău – Jassy – Suczawa

Dzisiejszy dzień poświęcamy na przejechanie jak największego kawałka w stronę Jass. Wpierw jednak musimy wrócić na stały ląd. Wsiadamy więc w szybciutki prom do Tulczy i stąd łapiemy okazję.

Powrót do Tulczy promem z albumu Rumunia 2009

Najpierw dotarliśmy na dwie raty do Gałacza. Pierwsza rata z eksbokserem, który pędził jak szalony, druga z istnym dobroczyńcą, który wiózł już dwie Belgijki z ogromnymi plecakami. Wymieniliśmy się z dziewczynami doświadczeniami z podróży, bo kierowca niestety wyłącznie rumuńskojęzyczny. Po drodze zaliczyliśmy przeprawę promową przez Dunaj – na całym rumuńskim odcinku rzeki jest zaledwie kilka mostów.

Czytaj dalej »

09.09.2009 Konstanca – Tulcza – Sulina

Dzisiejsze plany mają nas dzisiaj dowieść do delty Dunaju. Jednak dzień rozpoczynamy od lenistwa na plaży, zbierania muszelek i krótkiego spaceru. Zimno nie jest, ale bez zmiennie wieje. Podziwiamy desperatów, którzy się opalają.

Lenistwo na plaży z albumu Rumunia 2009

Czas ruszać! Przy wylocie z Eforie zagaduje nas jakiś Rumun. Niestety nic nie rozumiemy, jednakże udaje mu się załatwić nam stopa. Kierowca przez całą drogę milczy jak grób, aż stajemy w Ovidiu i dochodzi do ostrej rumuńsko-polskiej wymiany zdań. Dostaliśmy niezwykle intratną propozycję dobicia do Tulczy za coś około 1500 euro. Ostatecznie pozostajemy przy 9 RON i końcu podróży. Czytaj dalej »

Wietrzna Konstanca

08.09.2009 Bukareszt – Konstanca

Rozłąki nadszedł czas, ruszamy nad, miejmy nadzieję, cieplutkie morze! Nie jest to jednak łatwe… Wydostanie się z Bukaresztu na odpowiednią wylotówkę za pomocą środków transportu publicznego zajmuje nam ponad dwie godziny, a początek autostrady w kierunku naszego celu nie wygląda na szalenie uczęszczany. Ale my to my – mamy szczęście – już po paru minutach zatrzymał się samochód. Kierowca okazuje się być miłośnikiem sportów ekstremalnych (zwłaszcza nurkowania), geografem i lewicowcem pałającym nienawiścią do Busha. Podróż mija dość szybko, bo mamy okazję przejechać się jedną z dwóch w tym kraju autostrad. Nasz kierowca z pełną werwą i fascynacją opowiadał nam o delcie Dunaju, i że na nią to warto przeznaczyć co najmniej miesiąc! Wkrótce wysadził nas przed dworcem w Konstancy (Constanţa), skąd mieliśmy wieczorem ruszyć do jakiejś pobliskiej miejscowości na nocleg. Zatem całe popołudnie postanawiamy spędzić, obijając się po mieście :)

Czytaj dalej »

07.09.2009 Braszów – Buşteni – Comarnic – Bukareszt

Po pierwszej nizinnej nocy od paru dni czas opuścić Braszów i ruszyć dalej. Pogoda nadal bez zmian, ale jakoś musimy ten fakt przeboleć. Po śniadaniu z kempingowymi kotami pora więc założyć plecaki i rozdzielić się na autostopowo poręczne dwójki – przed nami Bukareszt! Ciekawi jesteśmy, jak miasto wygląda w rzeczywistości, bo podczas dotychczasowych podróży już się trochę nasłuchaliśmy opinii, niekoniecznie korzystnych. Bukareszt jest większy od Warszawy, oficjalnie mieszkają tam 2 miliony ludzi, nieoficjalnie podobno dużo więcej.

Śniadanko z kotami z albumu rumunia, że hej!

Po krótkim wymachiwaniu paluchem łapiemy okazję. Wiezie nas małomówny Cygan z młodą dziewczyną wybitnie zainteresowaną swoją komórką i papierosami. Docieramy ok. 20 kilometrów do Buşteni, gdzie z lekką ulgą po krótkich negocjacjach (bo przecież on mógłby nas zawieźć do Bukaresztu, jak mu ładnie zapłacimy…) opuszczamy samochód na smętnym parkingu przy wjeździe do miejscowości – jak się później okazuje, popularnego ośrodka narciarskiego. Tutaj dość długo czekamy, aż zatrzymuje się młody chłopak, gadający nieźle po angielsku (gdyby nie ten akcent… :)). Do Bukaresztu nas nie zawiezie, ale parę kilometrów do miejscowości Comarnic – owszem. Dowiadujemy się niebawem, że jest żołnierzem i w przyszłym roku jedzie do Afganistanu, a poza tym kolekcjonuje samochody :) Krzyś ma okazję pogadać co nieco o Rumunii, Mysia zaszywa się z tyłu. W pewnym momencie chłopak nalega na wymianę adresów e-mail – ale chyba o nas zapomniał, do tej pory nie doczekaliśmy się odpowiedzi… Czytaj dalej »

06.09.2009 Codlea – Braszów

Tak oto spędziliśmy noc na górce w środku miasta pod nieustającym atakiem deszczu. Następny dzień nie przyniósł poprawy aury, natomiast umożliwił nam zaznajomienie się z uroczą wonią z pobliskich fabryk.

Urocza fabryka w Codlei z albumu rumunia, że hej!

Nadal mieliśmy towarzystwo – tym razem krowy! Spakowaliśmy manatki i złapaliśmy busa, który jeździł, jak mu się żywnie podoba, wprost do Braszowa. Wylądowawszy na dworcu autobusowym na skraju miasta, skorzystaliśmy jeszcze z usług komunikacji publicznej, aby dostać się do centrum. Akuratnie trafiliśmy na jeden z największych festiwali muzycznych w Rumunii – Cerbul d’Aur (Złoty Jeleń). Rynek zastawiony sceną i tysiącami krzesełek oraz ogarnięty dźwiękami z tej sceny się wydobywającymi. Jak później się dowiedzieliśmy, próbę robił sobie Tiziano Ferro, jedna z największych włoskich gwiazd muzycznych. I parę piosenek było całkiem sympatycznych. Ale nie po to tu przyjechaliśmy, więc…
Czytaj dalej »

Autostopem z Negoiu

05.09.2009 Lacul Cǎlţun – Negoiu – Lacul Cǎlţun – Bâlea Lac – Codlea

Noc na wysokości 2137 m nad jeziorkiem Cǎlţun okazała się jedną z najcieplejszych w ostatnich dniach. Nie przeszkodziło nam to jednak we wstaniu o 7 i wychylenia nosów z namiotu. Opłacało się. Powitali nas wrocławiacy i piękny wschód słońca:

Wschód słońca z albumu rumunia, że hej!

Karolina i Piotrek doszli do wniosku, że wychylenie nosa to aktualnie wszystko, na co ich stać, my zaś postanowiliśmy nadrobić wczorajsze niepowodzenie. Szybkie ubranie się, wcięcie batonika, przepakowanie do małego plecaka i ruszamy w górę – czeka na nas 9. co do wysokości szczyt całych Karpat (jedynie Gerlach, Łomnica, Lodowy, Durny, Wysoka, Kieżmarski, Moldoveanu i Kończysta mają powyżej 2535 m), czyli Negoiu.

Przed nami końcówka trasy wczorajszej i zaraz ruszamy ostrzej w górę. Już po chwili zaczynają się łańcuchy i tak przez jakieś pół godziny wspinamy się Żlebem Drakuli. Jest po drodze kilka cięższych miejsc, ale nie na tyle, żeby utrudniły nam jakoś szalenie wejście. Na pewno ma na to wpływ to, że dziś nie łazimy z ogromnymi plecakami i możemy zwinnie poruszać się po skałach. Wyłazimy na wąską przełęcz, z której na szczyt już tylko małe podejście. Wreszcie jest wierzchołek – pusto, słonecznie i przepięknie, a my mamy szansę być najwyżej położonymi ludźmi w Karpatach (no, chyba jednak na Łomnicy ktoś się w stacji kolejki krząta :)). Po raz pierwszy widzimy Moldoveanu, najwyższy szczyt pasma, na który chcemy się dostać w najbliższych dniach. Wygląda daleko :)

Mysia na Negoiu z albumu rumunia, że hej!

Czytaj dalej »

03.-04.09.2009: Șaua la Apă Cumpaniță – Vârful Budislavu – Lacul Avrig – Refugiul Scării – Cabana Negoiu – Strunga Ciobanului – Lacul Călţun

Dzień rozpoczęty na poziomie prawie 2000 m n.p.m. musi być dobrym dniem – najgorsze już za nami i można łazić główną granią. Krajobrazy niczym w Tatrach Zachodnich, a na niebie ani chmurki. Po porannej eskapadzie po wodę w żlebie – śniadanko, a po nim w drogę. Już po paru minutach spotykamy pierwszych ludzi od ponad doby, ale frekwencja górska na tym się ogranicza – kolejnych górołazów spotkamy dopiero wieczorem.

Poranek z albumu rumunia, że hej!

Dość szybko docieramy do miejsca, w którym przewodnik uprzedniego dnia zaplanował nam potencjalny nocleg, i konstatujemy, że byliśmy od niego sprytniejsi. Ruszamy dalej – najpierw z przełęczy Şaua Surului trawersem, w końcu szczytujemy na Vârful Budislavu. Vârf to słowo, od którego pochodzi nasz wierch, forma określona robi z niego vârful – od tego wyrazu zaczynają się nazwy niemal wszystkich szczytów. Słowiańsko brzmiący Budislavu ma już 2343 m i kształt kopulasty. Trudności technicznie brak, podejście nie jakieś szalone, tak czy siak po wejściu widoki mamy już na masyw Negoiu i Călţun. Czytaj dalej »

01.-02.09.2009 Sybin – Turnu Roşu – Șaua la Apă Cumpaniță

Doczekaliśmy się, nadszedł czas buszowania po Karpatach – konkretnie po ich drugim co do wysokości pasma po Tatrach, czyli Górach Fogaraskich. Dzień w Sybinie upłynął nam na przygotowaniach. Po pożegnaniu niemieckich towarzyszek doli i niedoli namiotowej udaliśmy się w stronę supermarketu, gdzie spędziliśmy sporo czasu na wybieraniu najbardziej górskiego jedzenia. Udało się – wyposażeni w ogromne ilości żarcia na tydzień można było ruszyć dalej. Plecaki nie wiadomo czemu stały się jeszcze cięższe niż wcześniej, ale po tygodniu byliśmy już zahartowani i postanowiliśmy nie kwękać :)

Głównym celem dnia był kompleks kąpielowy Neptun, o którym poprzedniego dnia dowiedzieliśmy się w informacji. Okazało się, że jest to wyśmienite miejsce do pozbycia się brudu nawarstwionego przez 4 dni :) Za 3,5 leja (i ponad 30 min oczekiwania na wolną kabinę) można tam było wpakować się ze wszystkimi tobołami do łazienki i w ciągu regulaminowej godziny wymyć za wszystkie czasy. A łazienki nadają się i do innych celów, o czym mogła świadczyć zawartość kosza na śmieci :) Wygnał nas stamtąd w końcu SMS od Piotrka, oznajmiający, że lada chwila pojawią się w Sybinie nasi współgórołazi. Ruszyliśmy zatem na Rynek i przesiedzieliśmy tam dwie godzinki – później okazało się, że SMS przybył z innej strefy czasowej…

Sybiński rynek z albumu rumunia, że hej!

Czytaj dalej »

Starsze wpisy »